Temat numeru
Szkoła języków obcych
Wydarzenia
Turystyka językowa
Publikacje
Opinie
Oblicza języka
Warsztat filologa
Ludzie i języki
Enjoy & Learn
Rozmaitości

 

 

O firmie

Nauka języków obcych

Turystyka językowa

Centrum konferencyjne

Księgarnia językowa

Wydawnictwo
 
 

 
Porady


"Mitologia językowa", cz. IV
Rola podręcznika w nauce języka obcego

Czy książka kursowa do nauki języka obcego to przeżytek? Pytanie wbrew pozorom wcale nie jest histeryczne. Owszem, podręczniki mają się nieźle, bo wciąż sprzedaje się ich mnóstwo. Jak długo jednak utrzyma się taki stan rzeczy? W czasach nauki na odległość, nośników elektronicznych i wirtualnych „nauczycieli” coraz częściej padają pytania o sens używania tradycyjnych, drukowanych podręczników.

Zanim zastanowimy się, jakie funkcjonują obiegowe opinie na temat roli podręcznika w nauce języka obcego, warto przyjrzeć się samemu słowu – może ono nam coś podpowie. Polski źródłosłów jest oczywisty i – trzeba przyznać – bardzo ciekawy. Podręcznik, ogólnie rzecz biorąc, to książka, która zawsze jest pod ręką. Trudno o trafniejsze określenie jego funkcji. A jak jest np. w angielskim? Mamy tu dwa określenia: textbook i coursebook. Pierwszy termin zawęża znaczenie i dlatego lekko trąci myszką, skupia się bowiem na funkcji podręcznika jako zbioru pewnej ilości tekstów do czytania (potocznie „czytanek”). Tymczasem współcześnie jego rola jest szersza i obejmuje oprócz kolekcji tekstów przede wszystkim punkt wyjściowy do zbilansowanego ćwiczenia wszystkich sprawności językowych oraz technik egzaminacyjnych i komunikacyjnych. Termin coursebook jest zatem obecnie preferowany jako pojemniejszy znaczeniowo.

MIT 1.:
„Podręcznik nie jest mi potrzebny – wystarczą konwersacje”


Takie podejście zyskuje popularność zwłaszcza wśród uczniów osiągających niezły poziom znajomości języka obcego, pozwalający na coraz swobodniejsze porozumiewanie się. Muszę powiedzieć, że nawet ich rozumiem. Pomijając już względy finansowe (wydatek na kolejną książkę), pogląd ten może mieć głębsze uzasadnienie, niekoniecznie wynikające z niewiary w samą koncepcję podręcznika. Może mieć on swoje źródło w słusznym skądinąd spostrzeżeniu, iż współczesny świat wymaga od użytkownika obcego języka – w szczególności zaś wszechobecnej angielszczyzny – przede wszystkim ustnych umiejętności komunikowania się z innymi. Ale rzecz w tym, że obecnie podręczniki są pisane właśnie pod tym kątem! Są pełne tekstów odnoszących się do życiowych sytuacji i dialogów opartych na prawdziwym, niewydumanym języku codziennych kontaktów międzyludzkich, i wcale nie są w nich pomijane pozostałe umiejętności językowe. Ilość znakomitego materiału leksykalnego i audiowizualnego „opakowanego” w autentyczne konteksty to nieocenione źródło języka dla najbardziej nawet elokwentnej grupy.

Świat idzie do przodu i wydawnictwa to wiedzą. Płacą najlepszym autorom, by ci zbliżyli książkę kursową jak tylko się da do współczesnych realiów zglobalizowanego świata, w którym się przede wszystkim mówi, mówi, mówi. Gdy taki podręcznik weźmie w ręce dobry, kompetentny nauczyciel, to okazuje się, że nie musi się on kojarzyć, tak jak książki z dawnych czasów – tylko z nudnym czytaniem przestarzałych tekstów i tępym wkuwaniem regułek gramatycznych. Mit „samo mówienie wystarczy” może więc prowadzić do chaosu (wynikającego z braku „kręgosłupa” programowego oferowanego przez książkę) oraz pustki merytorycznej (wiążącej się, z kolei, z kłopotami z dostarczeniem słuchaczowi treści w odpowiedniej dawce i o właściwej jakości). Te dwa elementy są zwykle wymieniane jako odpowiedzialne za brak postrzeganego postępu językowego.

MIT 2.:
„Czuję się pewniej, ucząc się z polskiego podręcznika”


Tak między nami, to nawet nie jest mit. Raczej małe niezrozumienie tematu. Podręcznik musi być przede wszystkim dobry. Na szczęście, takich jest obecnie dziewięćdziesiąt procent na rynku, bo wydawnicza partyzantka po prostu się nie opłaca. Zresztą, sam dylemat polski-niepolski bywa pozorny. Po pierwsze, decyzja o użyciu odpowiedniego podręcznika rzadko należy do ucznia. Zakładając, że nauczyciel jest profesjonalistą, wybór książki polskiego autora, przeznaczonej dla rodzimego „targetu”, może być uzasadniony specyfiką grupy, wiekiem uczniów, poziomem zaawansowania lub sprofilowaniem kursu. Mówiąc najkrócej, podręczniki dla dzieci oraz wyspecjalizowane tematycznie są w Polsce domeną krajowych wydawców. Poza tą niszą dominują książki potężnych korporacji wydawniczych.

Po drugie, tendencje metodyczne idą w kierunku upodobnienia i uniwersalizacji formatu podręczników. By rzec wprost – książki są dziś do siebie wizualnie podobne, bez względu na to, czy zostały wydane przez Longmana czy przez PWN. I to pomimo pewnych różnic metodycznych. Mam tu na myśli głównie obecność w krajowych podręcznikach komentarzy, instrukcji czy wyjaśnień po polsku, względnie tu i ówdzie – ćwiczenia tłumaczeniowego, co zresztą nie dezawuuje takiej publikacji. Przeciwnie – może ona uzyskać pewną przewagę nad globalną konkurencją, np. uwzględniając różnice systemów językowych i dłużej zatrzymując się na zagadnieniu potencjalnie problematycznym dla Polaka lub akurat wymaganym w polskim systemie oświatowym czy egzaminacyjnym.

Po trzecie wreszcie, dzięki nowoczesnemu procesowi wydawniczemu, można wszystko to, o czym piszę powyżej, pogodzić, kupując podręcznik międzynarodowy znanego wydawnictwa, specjalnie opracowany dla danego kraju docelowego i uwzględniający specyfikę wymagań językowych i szkolno-organizacyjnych rodzimych odbiorców. Należy docenić wysiłek wydawnictw i rozważyć takie rozwiązanie. Zakup podręcznikowej hybrydy może się okazać idealnym kompromisem, szczególnie dla osób o tradycyjnym, analitycznym stylu uczenia się, na nieco niższym poziomie zaawansowania, bądź takich, które po prostu czują się pewniej widząc, że od czasu do czasu coś jest wyjaśnione po polsku.

MIT 3.:
„Skoro wydawane są samouczki z płytami CD do pracy bez nauczyciela, to niepotrzebny jest nie tylko podręcznik, lecz również kurs językowy”


Tak jak z większością opinii opartych na błędnym założeniu, tak i z tym szkodliwym poglądem rozprawić się będzie najtrudniej. Owa niewłaściwa teza ma swe źródło w bezzasadnej nadziei, że języka obcego można się nauczyć bez nauczyciela. Nauczyć się w sensie I speak..., a nie pobieżnie zaznajomić z jego gramatyką i leksyką na biernym poziomie survival (bo to pewnie wykonalne). Umówmy się zatem na początek, że pojęcie poznania języka obcego rozumiemy tu jako umiejętność czynnej obecności jego użytkownika w naturalnej interakcji, przede wszystkim ustnej. Zrozumienie przez polskiego dentystę angielskiego artykułu o wyrywaniu zębów jeszcze z n a j o m o ś c i ą języka nie jest.

Gdyby nie było rzeszy ludzi, którzy w skuteczny self-teaching wierzą, nie byłoby wydawnictw typu „Naucz się sam angielskiego w 3 tygodnie”, więc problemu nie bagatelizuję. Ostatnio wyznawcom językowego autopilota przybył nowy, cyfrowy sprzymierzeniec. Wszak dzięki CD-ROM-om można już rozmawiać z komputerem. No, prawie rozmawiać. Żebym nie wyszedł na e-foba: uważam najnowsze technologie za niebywałą pomoc w nauce języka (patrz artykuł wstępny w tym numerze). Zawsze też namawiam do samodzielnej pracy w domu – i nie tylko w domu, to może być park, tramwaj, nawet samochód – z możliwie najszerszym wachlarzem dodatków wspomagających postęp językowy, od materiałów autentycznych, poprzez tradycyjne źródła drukowane, aż po komputer z internetem. Jednak oddzielmy self-help od iluzji, jaką daje self-teaching. Wymienione pomoce mogą być co najwyżej dodatkiem do zorganizowanej i przemyślanej nauki pod kierunkiem specjalisty, pracy dającej okazję do kontaktu z innymi, żywymi użytkownikami języka. Może warto pomyśleć o poznawaniu języka jak o nauce jazdy samochodem: ilu z nas chciałoby spotkać na swej drodze kierowcę, który nauczył się jeździć sam?

Jerzy Chyb

 

 Pozostałe artykuły:

Grupa w sam raz

Jak skutecznie uczyć się słówek

Readersy

Lubię, bo nie muszę

Jak obłaskawić nową maturę z angielskiego

więcej...



Powrót na góręDrukuj artykułWyślij artykuł