Temat numeru
Szkoła języków obcych
Wydarzenia
Publikacje
Opinie
Porady
Oblicza języka
Warsztat filologa
Ludzie i języki
Enjoy & Learn
Rozmaitości

 

 

O firmie

Nauka języków obcych

Turystyka językowa

Centrum konferencyjne

Księgarnia językowa

Wydawnictwo
 
 

 
Turystyka językowa


Relacja jednej z uczestniczek zagranicznego kursu językowego Biura Turystyki Felberg
Po angielski do Australii

Podobnie jak pomysł na zagraniczny wyjazd pojawił się zupełnie niespodziewanie, tak i wybór Australii jako kraju, w którym miałam doskonalić swoje umiejętności językowe, był zupełnie przypadkowy. Kończyłam właśnie ostatni rok studiów i zdałam sobie sprawę, że jest to w moim życiu doskonały moment, żeby zrobić coś szalonego, a przy okazji nauczyć się języka angielskiego, bez którego znajomości trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie w świecie coraz bardziej przenikającym się kulturowo. Studiowałam filologię romańską, lecz szybko zorientowałam się, że nawet biegłe opanowanie języka francuskiego i włoskiego, choć bezsprzecznie bardzo przydatne, nie wystarczy, by móc swobodnie porozumiewać się z ludźmi spotkanymi w różnych zakątkach naszego globu, a muszę dodać, że podróżowanie jest moją pasją.

Moi japońscy znajomi okazali się jedynymi chętnymi do nauczenia się przynajmniej kilku słów w języku polskim.
Czy nam się to podoba czy nie, język angielski stał się wszechobecny, co widać w każdej dziedzinie naszego życia. Wystarczy tu wspomnieć politykę, handel czy turystykę. Powszechnie naucza się go już nie tylko w Europie i Ameryce Północnej, lecz niemal na całym świecie. Słowem, język angielski uzyskał status języka międzynarodowego, który umożliwia różnorakie kontakty z mieszkańcami krajów wszystkich kontynentów.

Australię wybrałam trochę z przekory, bo jak stwierdziła moja mama, już dalej pojechać się nie da. Chociaż decyzję podjęłam szybko, muszę przyznać, że nie obyło się bez wahań i rozterek. Najwięcej obaw wywoływała moja ówczesna znajomość języka angielskiego, która nie dość, że bardzo słaba, była jedynie bierna. Wychowałam się, co prawda, na tekstach angielskich piosenek rockowych, więc w pewnym stopniu byłam osłuchana z brzmieniem tego języka i w miarę nieźle rozumiałam jego potoczną odmianę, ale swobodne wypowiadanie się sprawiało mi ogromną trudność. Mimo to postanowiłam skoczyć na głęboką wodę i zaryzykować samodzielny wyjazd. Dzięki temu przekonałam się, że kiedy można liczyć tylko na własne siły, stopniowo zapomina się o nieśmiałości, braku słownictwa, i daje z siebie wszystko, żeby zdobyć niezbędne informacje i porozumieć się w lepszym czy gorszym stylu. Australia była wyborem przypadkowym, ale jak się okazało – doskonałym.

Uciekający miś koala.
Kraj ten zamieszkują imigranci z całego świata, więc nigdzie indziej nie będą lepiej rozumiane początkowe trudności z oswajaniem się z nową rzeczywistością, z adaptacją w nieznanym dotychczas środowisku oraz problemy wynikające z braku dostatecznego opanowania obcego języka. Trudno mówić o Australijczykach jako narodowości w europejskim rozumieniu tego słowa, bo poza ludnością aborygeńską, która stanowi zaledwie półtora procent ogółu mieszkańców tego kraju, większość jego obywateli to przybysze ze wszystkich zakątków świata, rozpoczynający tu „nowy rozdział życia”. Różne są przyczyny, dla których zdecydowali się oni tutaj osiedlić. Jedni poszukują coraz to nowych przygód i wyzwań, drudzy pragną stabilizacji, z dala od politycznych czy społecznych konfliktów, a jeszcze inni chcą uciec od problemów osobistych. Dużo już podróżowałam po świecie, lecz nigdzie nawiązywanie kontaktów z zupełnie obcymi ludźmi nie przychodziło mi tak łatwo. Australijczycy są niezwykle otwarci, tolerancyjni i bardzo spontaniczni. Cechuje ich pogodne, beztroskie usposobienie. Mam wrażenie, że popularne określenie easy going do nikogo nie pasuje tak dobrze jak do nich. W mniejszych miastach Australii, takich jak Fremantle, mieszkańcy pozdrawiają się na ulicach i w środkach komunikacji miejskiej. Po przyjacielsku gawędzą z kierowcami autobusów, co mnie irytowało, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że dzięki takim codziennym zwyczajom wszyscy czują się tu dobrze.

Dzika plaża.
Nie rozczarowała mnie również Embassy School, do której trafiłam na intensywny trzymiesięczny kurs typu general English. Podstawowa różnica, jaką dostrzegłam między prowadzonymi w niej zajęciami a wieloma polskimi kursami, w których dotychczas uczestniczyłam (nie licząc 5-letnich studiów na filologii romańskiej), polega na praktycznym podejściu do nauczania języka obcego. W australijskim systemie edukacyjnym dla obcokrajowców początkowo kładzie się nacisk przede wszystkim na swobodną komunikację w nowym języku, co w kolejnym etapie nauki ma ułatwić samodzielne poszerzanie słownictwa, zdobywanie informacji i doskonalenie opanowanych już umiejętności. Zajęcia na wybranym przeze mnie kursie, z krótkimi przerwami co półtorej godziny i półgodzinną przerwą na lunch, trwały od 9. rano do 3. po południu. Główną zaletą kursu było jego zróźnicowanie pozwalające na wszechstronne rozwijanie różnych umijętności, takich jak: mówienie, pisanie, czytanie, doskonalenie wymowy, oglądanie filmów w języku angielskim oraz uczestniczenie w dyskusjach na ich temat, poznawanie gramatyki w takim zakresie, jaki jest niezbędny do praktycznego zastosowania zdobytej wiedzy w życiu codziennym. Na zajęciach o tak bogatym i wszechstronnym programie nikt nie miał czasu się nudzić. Embassy School oferuje nie tylko profesjonalnie prowadzone kursy, lecz również udostępnia wszelkie niezbędne pomoce służące zarówno nauce języka angielskiego, jak i samokształceniu w różnych innych dziedzinach, którymi interesują się uczestnicy zajęć. W szkole jest dobrze wyposażona biblioteka, duża pracownia komputerowa z dostępem do internetu oraz specjalistyczna pracownia językowa. Studenci Embassy School mogą korzystać z obiektów sportowych szkoły, takich jak kort tenisowy, sale gimnastyczne do gry w koszykówkę, siatkówkę, boiska do piłki nożnej, a także uwielbiany przez Australijczyków baseball i Australian rules football, co pozwala im aktywnie spędzać czas po zakończeniu zajęć.

Wielkim atutem Embassy School jest wykwalifikowana kadra nauczycielska, która reprezentuje bardzo wysoki poziom wiedzy w dziedzinie lingwistyki oraz umie nawiązać świetny kontakt ze studentami. Lektorzy mają indywidualne podejście do każdego uczestnika zajęć, co jest niezwykle ważne przy tak zróżnicowanym poziomie znajomości języka angielskiego. W czasie dłuższego kursu w miarę osiągania wymaganych umiejętności przechodzi się do grup coraz bardziej zaawansowanych. Mnie wraz z trzema kolegami, z którymi prawie jednocześnie rozpoczęłam naukę w Embassy School, udało się przejść aż przez cztery poziomy językowego kształcenia: od pre-intermediate, przez intermediate i upper intermediate, po pre-advanced. Postęp w nauce był dla mnie miłym zaskoczeniem, ponieważ nigdy wcześniej nie zdobywałam umiejętności językowych z taką łatwością i przyjemnością. Jeszcze jednym atutem kadry nauczycielskiej jest jej międzynarodowy skład. Lektorzy uczący w Embassy School pochodzą z różnych krajów: Irlandii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, RPA, Australii, dzięki czemu uczestnicy zajęć mogą osłuchać się z różnym akcentowaniem języka angielskiego. Kurs kończy się uzyskaniem certyfikatu ze szczegółową opinią szkoły i lektora prowadzącego, a także z określeniem osiągniętego poziomu znajomości języka.

Uczestnicy kursów organizowanych przez Embassy School nie mogą również narzekać na brak zajęć pozalekcyjnych. Co najmniej raz w tygodniu, zazwyczaj w soboty, szkolny Platypus Club organizuje wycieczki po okolicach Perth. Biorąc w nich udział, można zwiedzić przepiękne parki narodowe (Yanchep National Park, Caversham Wildlife Park, Nambung) z rezerwatami zwierząt, w których kangury jedzą z ręki, a misie koala serdecznie przytulają się do turystów. Oprócz sobotnich eskapad po pobliskich okolicach dużym powodzeniem cieszą się kilkudniowe wycieczki. Ich program jest niezwykle ciekawy dla przybyszów z krajów odległych o tysiące kilometrów od Australii. W czasie takich wyjazdów podziwialiśmy wschód słońca na Pinnacles Desert, obserwowaliśmy pingwiny i foki na Pinguin Island oraz zachwycaliśmy się popisami delfinów, których u wybrzeży Australii jest naprawdę dużo. Kolejną atrakcją, jaką przeżyliśmy, był rejs po oceanie i przyglądanie się ławicom wielorybów migrujących w tym sezonie na północ. Wzięliśmy również lekcję surfingu zorganizowaną przez naszą szkołę. Spędziliśmy dwa szalone dni na Rottnest Island, podczas których jeżdziliśmy na rowerach, obserwowaliśmy żyjące tylko na tej wyspie kangury quokkas i korzystając z przepięknej październikowej aury, która tam zwiastuje lato, pływaliśmy w ciepłym oceanie i opalaliśmy się na dzikich plażach. Właściwie wszystkie propozycje, które zgłaszaliśmy do pracowników szkoły, były realizowane. Zwiedzaliśmy fabrykę czekolady, liczne winiarnie w okolicach Swan Valley, jedno z największych w Australii akwariów morskich w Hillarys Boat Harbour, a także wybraliśmy się na całodzienną wycieczkę po buszu.

Jednak największe wrażenie wywarli na mnie ludzie, których poznałam uczestnicząc w kursie, mieszkając przez pierwszy jego miesiąc w hostelu oraz wędrując po zakończeniu nauki wschodnim wybrzeżem kontynentu. W Embassy School ze zdziwieniem stwierdziłam, że większość uczestników prowadzonych w niej zajęć była pochodzenia azjatyckiego. W mojej pierwszej grupie byłam jedyną Europejką. Muszę przyznać, że początkowo czułam się trochę nieswojo, ale bardzo szybko przywykłam do odmiennej kultury i mentalności koleżanek i kolegów pochodzących z zupełnie egzotycznych dla mnie krajów, takich jak Korea, Chiny, Japonia, Tajwan, Tajlandia czy Indie. Po krótkim czasie zaprzyjaźniliśmy się i wspólnie przeżyliśmy wiele fantastycznych chwil. Zawsze mogłam liczyć na Japończyków. Pod ich wpływem zmieniłam swoją stereotypową opinię o mieszkańcach Kraju Kwitnącej Wiśni. Są oni bardzo otwarci, spontaniczni, skromni, czasem nieco nieśmiali wobec kobiet, ale zarazem bardzo dżentelmeńscy, a przede wszystkim niezwykle ciekawi świata. Moi japońscy znajomi okazali się jedynymi chętnymi do nauczenia się przynajmniej kilku słów w języku polskim, inni po pierwszych próbach poddali się zrażeni trudnościami w wymowie polskich głosek.

Gdy w czasie wycieczki na Rottnest Island złamałam sobie rękę, to właśnie koledzy z Japonii, o oryginalnie brzmiących imionach: Atsushi, Osamu, Yumi, Mitsuhiro, bardzo mi pomogli. Zresztą opieka medyczna, jaką otoczono mnie w szpitalu we Fremantle, była naprawdę wspaniała, a wszystkie koszty leczenia i rehabilitacji zostały pokryte z ubezpieczenia w Medibanku. Tak więc nawet to przykre wydarzenie nie okazało się dla mnie zbyt dotkliwe. Jedynym jego przykrym następstwem była utrata pracy w restauracji, którą podjęłam jeszcze w czasie kursu językowego.

Ostatni miesiąc pobytu w Australii spędziłam, podróżując. Pociągiem linii Indian- -Pacific, łączącym Australię Zachodnią ze wschodnim krańcem kontynentu, wybrałam się do oddalonej od Perth o około trzy tysiące kilometrów Adelaidy, potem do Melbourne, gdzie przeżyłam niezapomnianą noc sylwestrową. Bardzo interesująca była też wycieczka wzdłuż Great Ocean Road, w czasie której podziwiałam wspaniałe klify Dwunastu Apostołów. Podróż powrotna nieco mnie zmęczyła. W czasie trwającej trzy dni jazdy pociągiem mieliśmy tylko jeden trzygodzinny postój w małym miasteczku otoczonym zewsząd pustynią. Mimo to wspomnienia z wojażu po Australii pozostały wspaniałe. Zresztą nawet w pociągu poznałam wielu ciekawych ludzi, z którymi dotąd utrzymuję kontakt.

Grupa miała charakter międzynarodowy.
Koszty mojego szalonego wyjazdu okazały się mniejsze, niż się spodziewałam. Oczywiście najwięcej pieniędzy wydałam na przelot i opłacenie kursu. Natomiast rezygnując z zakwaterowania u rodziny australijskiej (homestay), a po miesiącu zamieszkiwania w hostelu przenosząc się z dwiema koleżankami do wspólnie wynajmowanego mieszkania, udało mi się znacznie obniżyć koszty pobytu na miejscu, które okazały się nawet mniejsze niż wydatki na życie w Polsce.

Na zakończenie chciałabym napisać jeszcze parę słów na temat Australii Zachodniej. Stolicą tego największego australijskiego stanu, którego terytorium w przeważającej części zajmuje pustynia, jest Perth – nowoczesne, czyste miasto o doskonałej infrastrukturze. Niedaleko jego centrum rozciąga się wspaniały ogród botaniczny i King’s Park, z którego punktów widokowych można podziwiać przepiękną panoramę całej okolicy. Niezwykle malowniczo prezentuje się szeroka, połyskująca w słońcu rzeka Swan.

Śmiało można powiedzieć, że Perth jest miastem studenckim. W jego pobliżu znajduje się pięć uniwersytetów oraz wiele szkół językowych. Wymieszanie narodowości sprawia, że życie kulturalne miasta jest bardzo różnorodne. W Perth odbywają się liczne festiwale filmowe i muzyczne, prezentowane są interesujące wystawy z całego świata. Uwagę przyjezdnych przyciągają stałe ekspozycje malarstwa aborygeńskiego. Atrakcjami turystycznymi są także regionalne jarmarki w pobliskich miasteczkach. W czasie mojego prawie półrocznego pobytu w tym mieście, nigdy nie mogłam narzekać na nudę. Imprez kulturalnych jest tak wiele, że trzeba wybierać między tymi, w których chce się uczestniczyć. Byłoby dziwne, gdybym nie wspomniała o największej atrakcji Australii – fantastycznych plażach, na których wspaniale się wypoczywa, zażywając kąpieli morskich i słonecznych, podziwiając widok morza przybierającego o każdej porze dnia inny odcień oraz uprawiając sporty wodne. Wszystko to sprawia, że Australia jest wymarzonym miejscem nie tylko dla emigrantów poszukujących dobrych warunków do życia, turystów pragnących zwiedzić najpiękniejsze zakątki naszego globu, lecz również dla tych osób, które po prostu chcą studiować w egzotycznym kraju.

Katarzyna Sztombka
Autorka była uczestniczką kursu językowego w Australii,
zorganizowanego przez Biuro Turystyki FELBERG

 

 Pozostałe artykuły:

Language Camps - How to combine business with pleasure

Humboldt Institut - szkoła z akceleratorem

Limerick

Wyjazd samodzielny

Czar szwajcarskich wzgórz

więcej...



Powrót na góręDrukuj artykułWyślij artykuł