Temat numeru
Szkoła języków obcych
Wydarzenia
Publikacje
Opinie
Porady
Oblicza języka
Warsztat filologa
Ludzie i języki
Enjoy & Learn
Rozmaitości

 

 

O firmie

Nauka języków obcych

Turystyka językowa

Centrum konferencyjne

Księgarnia językowa

Wydawnictwo
 
 

 
Turystyka językowa


Relacja uczestniczki programu "Work & travel" w USA
Przygoda gwarantowana

Stany Zjednoczone kuszą swym bogactwem, różnorodnością, egzotyką i odmiennością w sposobie życia czy stylu myślenia. Nawet dla tych sceptycznie nastawionych Ameryka jest wyzwaniem i szansą poznania innego świata, do tej pory kreślonego obrazem amerykańskich produkcji fi lmowych czy opowieściami znajomych, którzy wrócili zza Oceanu.

Młodym studiującym ludziom szansa poznania Ameryki nie jawi się już jako trudne do zrealizowania marzenie. Problem z uzyskaniem wizy i znalezieniem wakacyjnej pracy znika, gdy tylko złożymy wniosek uczestnictwa w programie „Work & Travel”. To szansa dla młodych i odważnych, niebojących się nowych wyzwań i nagłych wzrostów adrenaliny. A ta skacze jak szalona. Czasem przyczyną jej wzrostu jest radość, czasem rozgoryczenie, najczęściej jednak szok i zdziwienie: „bo u nas to zupełnie inaczej...”.

Wylądowałam w Miami. Kiedy wychodziłam z lotniska, poraziła mnie fala gorąca. No tak, czytałam przecież, że Floryda słynie z najwyższych temperatur w USA. Nie spodziewałam się jednak, że szok termiczny będzie aż tak duży. Wokół pełno ludzi – walizki, nesesery, tłum i pośpiech. Moja dezorientacja sięga granic. Jedyna wskazówka to
Universal Studios w Orlando na Florydzie
nagryzmolony na karteczce, którą kurczowo trzymam w ręku, adres pracodawcy i zakwaterowania. Jednak zarówno praca, jak i moje przyszłe lokum znajdują się w Orlando – kilkaset mil od miejsca, w którym stoję bezradnie. Czuję, że kolejna kropla potu spływa mi z czoła. W takiej chwili ostatnią deską ratunku staje się człowiek. Ktoś, kto się uśmiechnie, zagadnie: How are you? – „Skąd przybywasz, dokąd zmierzasz?”, Keep smiling – „Wszystko będzie dobrze...”. Udało się! Otrzymałam niezbędne wskazówki i kilka godzin później zmęczona, ale szczęśliwa, zmierzałam po brzegi wypełnionym autobusem do miejsca swego przeznaczenia. Nie zdawałam sobie sprawy z kolejnych niespodzianek, które już na mnie czekały...

Zaskoczył mnie przede wszystkim wszechobecny ogrom. Zdominował on każdą dziedzinę amerykańskiego życia, począwszy od kilkunastopasmowych jezdni, stanowiących dla każdego, kto chce przejść na drugą stronę ulicy, nie lada wyzwanie, przez architekturę kilkudziesięciopiętrowych budynków, wielkie samochody, skończywszy na ogromnych porcjach jedzenia w przydrożnych fast foodach i ludziach, których rozmiary zdawały się informować – nigdy nie należy zostawiać niczego na talerzu. O tak, moje 43 kilogramy czuły się tam trochę nieswojo. Szczególnie wyraźnie uświadomiłam to sobie, gdy próbując zamówić w restauracji jedyny zdrowy posiłek (znaleziony na końcu menu na dole ostatniej strony), usłyszałam: „Nie możesz otrzymać tej sałatki, ponieważ należy do zestawu dla seniorów, od lat 55, a ty jesteś za młoda”. Musiałam więc pocieszyć się standardowym posiłkiem, składającym się z wielkiego talerza ociekającej oliwą jajecznicy, bekonu, kilku burgerów oraz porcji naleśników polanych karmelem i śmietaną. Mimo wystrzegania się takowej diety, przywiozłam do Polski parę kilo więcej i to bynajmniej nie w bagażu podręcznym.

Pracowałam w małej kawiarence w parku rozrywki, sprzedając (o zgrozo!) ciasteczka, z których jedno liczyło ponad tysiąc kalorii. Nie muszę wspominać, jak wielkim cieszyły się powodzeniem, oczywiście w zestawie z colą (koniecznie dietetyczną). Lody, z którymi również byłam za pan brat, należały do najlepszych i najsłodszych, jakie jadłam w życiu. Nikt z moich amerykańskich znajomych nie był w stanie pojąć, na czym polega ich nadzwyczajność. Dziwując się moim opowieściom, Amerykanie pytali, czy w Polsce mamy gorzkie słodycze.

Muszę jeszcze wspomnieć, że tamtejsza życzliwość i pozytywne nastawienie do życia zaskoczyły mnie bardzo. Bezinteresowna pomoc, ciepłe słowo czy życzliwy uśmiech to codzienne gesty, które są tak zwyczajne jak żółw spacerujący po rozgrzanym słońcem chodniku Orlando.

Dla mieszkańców Florydy powszedniością są zjawiska atmosferyczne, które my, na szczęście, oglądamy jedynie w telewizyjnych newsach. Huragany, stan zagrożenia klęską żywiołową, gromadzenie zapasów żywności – to okoliczności, na które są zawsze
Palm Beach na Florydzie.
przygotowani. W czasie mojego pobytu mieszkańcy Orlando, przyzwyczajeni do corocznej walki z żywiołem, z niepokojem obserwowali najpierw szaleństwa Denisa, a później Katriny. Na szczęście nie musiałam przeżywać gwałtownych kataklizmów, lecz tylko dość intensywne ulewy, podczas których silny wiatr połamał jedynie kilka palm. Co prawda, wracając z Key West (który zwiedziłam, objeżdżając niemal całą Florydę), pod wpływem nadawanych non-stop przez radio komunikatów o nagłej ewakuacji wszystkich mieszkańców Nowego Orleanu poczułam narastającą fale niepokoju, ale na szczęście w moim przypadku skończyło się na emocjach.

Pobyt na Florydzie był niesamowitą przygodą, mimo iż od czasu do czasu amerykańskie prawo potrafiło nam, młodym, dać się we znaki. Dorosłość, według prawa obowiązującego na Florydzie, przychodzi wraz z ukończeniem 21. roku życia. Do tego czasu o alkoholu można zapomnieć, nawet wejście do klubu czy dyskoteki okazuje się często niemożliwe. Na szczęście jest wiele innych atrakcji, którymi można się cieszyć i utrwalać je w pamięci i na niezliczonych fotografiach.

Ci, którzy mówią, że podróże kształcą, z całą pewnością się nie mylą. Zdany tylko na swoje siły w kraju o odmiennej przyrodzie, zwyczajach i kulturze, uczysz się na nowo człowieka. Bo to właśnie podróże są najlepszą szkołą życia.

Anna Dobrowolska
słuchaczka oddziału Szkoły FELBERG w Krakowie
 

 Pozostałe artykuły:

Language Camps - How to combine business with pleasure

Humboldt Institut - szkoła z akceleratorem

Limerick

Wyjazd samodzielny

Czar szwajcarskich wzgórz

więcej...



Powrót na góręDrukuj artykułWyślij artykuł