Temat numeru
Szkoła języków obcych
Wydarzenia
Turystyka językowa
Publikacje
Opinie
Porady
Oblicza języka
Warsztat filologa
Ludzie i języki
Enjoy & Learn

 

 

O firmie

Nauka języków obcych

Turystyka językowa

Centrum konferencyjne

Księgarnia językowa

Wydawnictwo
 
 

 
Rozmaitości


Rozmowa z Danielem Passentem
Francuski był za trudny

Należy pan do pokolenia, które władanie językami obcymi wynosiło z domu.

Znajomość języków obcych, istotnie, była w mojej rodzinie tradycją. Ojciec studiował przed wojną w Paryżu. Kiedy zginął w czasie okupacji, wychowywał mnie wuj, który był po studiach w Wiedniu. Znakomicie władał niemieckim, a z okresu wojennego pobytu w ZSRR znał język rosyjski.

Było z kogo brać przykład.

Mój pierwszy kontakt z językami obcymi miał miejsce z reguły „przy okazji”. Nie był wynikiem systematycznej pracy. Przez kilka lat chodziłem do szkoły podstawowej w Berlinie, gdzie mieszkałem zaraz po wojnie. Była to amerykańska szkoła dla dzieci cudzoziemców, z językiem wykładowym angielskim. Niemieckiego uczyłem się w tym czasie prywatnie u profesora, który był cenionym antropologiem, specjalistą do spraw Afryki. Uczyłem się niemieckiego trochę także „z powietrza”, od dzieci na ulicy. Potem w Berlinie otwarto polską szkołę i zacząłem do niej uczęszczać.

Czy któryś z tych języków udało się panu pokochać w dzieciństwie?

Oba języki bardzo lubię, ale mój późniejszy życiorys sprawił, że lepiej poznałem angielski. Po powrocie do Polski w 1950 roku uczyłem się w szkole średniej dwóch języków. Obowiązkowy był rosyjski – mieliśmy niezapomnianą nauczycielkę panią Trajtlowicz, a jako drugiego języka uczyłem się angielskiego, również u świetnego przedwojennego nauczyciela, pana Ogonowskiego. Każdy ze znanych mi języków ma dla mnie szczególną wartość. Rosyjski jest bardzo melodyjny, kojarzy mi się z dzieciństwem, nauką wierszy Puszkina w szkole. Niemiecki imponuje mi swoją składnią, trudnością, stanowiącą dla człowieka piękne wyzwanie. Mimo że i ja, i moja rodzina mieliśmy okropne wojenne przejścia, nie żywię żadnej niechęci ani do niemieckiego, ani do rosyjskiego.

A za co pan lubi angielski?

Najpewniej się w nim czuję, najswobodniej nim posługuję. Spędziłem w sumie 7 lat w Stanach Zjednoczonych. Natomiast w Chile angielski był dla mnie bezużyteczny. W Ameryce Południowej, poza Brazylią, od dyplomaty oczekuje się, że będzie mówił po hiszpańsku. Kraje tego kontynentu są wielką rodziną, znajomość języków obcych jest w nich zatem niewielka.

Ma pan swoich ulubionych anglojęzycznych autorów?

Przez wiele lat czytywałem w „New York Timesie” felietony Arta Buchwalda.

A angielskie powiedzonka, które przyswoił pan jako własne?

Są takie, w rodzaju take it or leave it – albo, albo. Ale ja nie bardzo lubię wtrącanie słów obcych do polszczyzny, bo trochę wygląda to na popisywanie się i bardzo zaśmieca język.

Mamy jednak w potocznej mowie inwazję angielskich wtrętów.

W związku z nowoczesną techniką komputerową i sztuką masową pojawia się, istotnie, coraz więcej offowych wyrażeń i innych terminów, ale ja, na szczęście, nie muszę ich używać.

Ma pan tak zwane „ucho do języków”?

Raczej nie. Nie uważam się za specjalnie uzdolnionego. Sprzyjały mi natomiast okoliczności i moje zainteresowania. Już pod koniec szkoły średniej wiedziałem, że chcę studiować za granicą. W owym czasie – maturę zdawałem w 1955 roku, w głębokim socjalizmie – studia zagraniczne możliwe były tylko w Związku Radzieckim albo w NRD. Pojechałem więc studiować na Uniwersytet Leningradzki, ale tam spędziłem tylko rok. Studia ukończyłem na Uniwersytecie Warszawskim. Tam zarówno angielski, jak i rosyjski miałem już zaliczone. Moją ambicją stało się poznanie języków francuskiego i hiszpańskiego.

Udało się?

Z francuskim, niestety, nie. Bardzo żałuję, wstydzę się i zazdroszczę tym, którzy go znają i tak ładnie nim mówią. Natomiast jeżeli idzie o język hiszpański, to udało mi się go opanować.

Potem język ten bardzo się panu przydał. Był pan wszak ambasadorem w Chile...

Tak. Ale wtedy, w latach 60. jeszcze niczego nie planowałem. Uczyłem się hiszpańskiego, będąc na stypendium na uniwersytecie w Princeton. Tam już wtedy ten język był bardzo popularny, a ja interesowałem się Ameryką Łacińską. Chodziłem na zajęcia, które prowadził profesor z Meksyku Edmundo Flores. Po powrocie do Polski kontynowałem naukę prywatnie z dwoma kolegami z „Polityki” – Michałem Radgowskim i Andrzejem Krzysztofem Wróblewskim. Uczyłem się też hiszpańskiego na kursie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich na Foksal. Kiedy 30 lat potem otrzymałem propozycję zostania ambasadorem, uczęszczałem 2 semestry na kursy w Instytucie Cervantesa pod patronatem ambasady hiszpańskiej i tam zdałem stosowny egzamin. W MSZ zdawałem egzamin z angielskiego.

Od początku swej kariery dziennikarskiej miał pan na pewno kontakt z zagraniczną prasą.

Tak, miałem ciągły kontakt z obcojęzyczną prasą i cudzoziemcami. Dużo podróżowałem. Byłem na stażu w „Die Zeit” w Hamburgu, przez 4 lata pracowałem w Stanach Zjednoczonych jako redaktor pisma, które wydawane było w językach angielskim i hiszpańskim. Krótko mówiąc, miałem w życiu wiele okazji, by swoje umiejętności językowe wykorzystać.

Prawdziwe jest – według pana – porzekadło, które mówi, że człowiek ma tyle dusz, ile zna języków?

Być może jest ono słuszne. Gdy człowiek posługuje się językiem obcym, ma styczność z daną kulturą, sposobem myślenia, klimatem języka etc. Bez wątpienia, warto uczyć się języków.

 Pozostałe artykuły:

Języki otwierają świat

Do ju spik Ponglish?

A Pole Meets Queen Elizabeth

Poland Street



Powrót na góręDrukuj artykułWyślij artykuł