Temat numeru
Szkoła języków obcych
Wydarzenia
Turystyka językowa
Publikacje
Opinie
Porady
Oblicza języka
Warsztat filologa
Ludzie i języki
Enjoy & Learn

 

 

O firmie

Nauka języków obcych

Turystyka językowa

Centrum konferencyjne

Księgarnia językowa

Wydawnictwo
 
 

 
Rozmaitości


Do ju spik Ponglish?

Po otwarciu unijnych granic z możliwości podjęcia legalnej pracy poza krajem skorzystało wiele tysięcy Polaków. Jednymi z największych ich skupisk na zachodzie są nasze „kolonie” w Wielkiej Brytanii i Irlandii, toteż tworzący je nasi rodacy muszą używać języka angielskiego.

W wielu wypadkach jest to sprawność językowa ograniczona do zadań typu survival skills. Konieczność posłużenia się angielskim bez wcześniejszego przygotowania, polegającego na metodycznym studiowaniu tego języka, nieuchronnie prowadzi do powstania swoistego polsko-angielskiego slangu, który już teraz określany jest jako Ponglish. Realia życia na emigracji zarobkowej z pewnością nie są lekkie i obfitują w sytuacje, kiedy trzeba odejść od przyjętych reguł. Stąd właśnie słynne: „Brejkam wszystkie rule” (I break all the rules).

Zapatrzeni w to, co dzieje się nad Tamizą, nie dostrzegamy pewnej niebezpiecznej, a także poniekąd śmiesznej tendencji do bezsensownego wplatania angielskich słów lub zwrotów w naszą codzienną polszczyznę. Media – a zwłaszcza telewizja – są tu niewyczerpanym źródłem przykładów. Wielu nauczycieli języka angielskiego będzie długo pamiętać dumnie rozwieszony na tle Tatr transparent witający uczestników międzynarodowej konferencji napisem: Welcome in Zakopane. Kilka lat temu emitowano również reklamę banku, przedstawiającą budzącego zaufanie szefa zapraszającego klienta do gabinetu, na którego drzwiach umieszczona była tabliczka z napisem: Bussiness Manager.

To było dawno, ale czy obecnie nasza polszczyzna ma się lepiej? Jeśli chodzi o reklamy, to – moim zdaniem – osiągnęły one nieco wyższy poziom, ale niezamierzony komizm słowno-sytuacyjny wcale z nich nie zniknął. Oto troskliwa matka pyta swe pociechy, czy piły już dzisiaj kakao (tu oczywiście pada handlowa nazwa produktu). Gdy słyszy odpowiedź odmowną, reaguje następująco: „Nie? No to go!”. Inny przykład – w serialu M jak miłość jeden z głównych bohaterów musi z kimś porozmawiać w ważnej sprawie, co wyraża takim zdaniem: „Lepiej pojadę do klubu i porozmawiam z nim face to face”.

Aby spostrzeżeń o stanie współczesnej polszczyzny nie ograniczać tylko do języka reklam i seriali telewizyjnych, wybrałem się na rekonesans po mieście. Zgodnie z moimi przewidywaniami bez najmniejszego trudu udało mi się zauważyć kilka śmiesznostek. Czytelnicy zapewne zgodzą się ze mną, że błędem wręcz nagminnym jest użycie wyrazu coctails, który wręcz natrętnie powtarza się na wielu eleganckich szyldach różnych lokali. To błąd dość prosty, jak jednak usprawiedliwić informacje typu: „Sklep self-service” albo „Service komputerowy”. Czy chodzi o oryginalność, czy też takie sformułowanie jest wyrazem dążenia do językowego kompromisu?

Kiedy wzbogacony o te spostrzeżenia wracałem do domu, minął mnie autobus miejski reklamujący firmę meblową oferującą klientom „Dużo za free”. Jako smakosz-patriota postanowiłem pocieszyć się przy kolacji ulubionymi marynowanymi podgrzybkami. Było mi już całkiem dobrze, kiedy spojrzałem na zakrętkę słoika. Czar prysł, widniał bowiem na niej napis: Product off Poland.

Proponuję lektorom języka angielskiego mały eksperyment: proszę zachęcić swoich słuchaczy do spaceru z notesem. Jeśli na wykonanie tego zadania dostaną kilka dni, jest mało prawdopodobne, by z językowego połowu wrócili z pustą siecią.

Jak widać, nie jest najlepiej. Rodacy, nie dajmy się! Zróbmy something

Józef Górak
oddział Szkoły FELBERG w Białymstoku
 

 Pozostałe artykuły:

Języki otwierają świat

Francuski był za trudny

A Pole Meets Queen Elizabeth

Poland Street



Powrót na góręDrukuj artykułWyślij artykuł