Szkoła języków obcych
Wydarzenia
Turystyka językowa
Publikacje
Opinie
Porady
Oblicza języka
Warsztat filologa
Ludzie i języki
Enjoy & Learn
Rozmaitości

 

 

O firmie

Nauka języków obcych

Turystyka językowa

Centrum konferencyjne

Księgarnia językowa

Wydawnictwo
 
 

 
Temat numeru


Jedziemy po języki

Wyjazd na kurs językowy zagranicę to dla Polaka niemały wydatek. Kiedy więc rodzice decydują się na taki krok, ich oczekiwania są spore. Zwykle po paru tygodniach pobytu nastolatka na zagranicznym kursie spodziewają się znacznej, nierzadko skokowej, poprawy w posługiwaniu się językiem obcym. Z kolei osoby dorosłe mają nadzieję głównie na przełamanie owej nieznośnej bariery komunikacyjnej.

Pieniądze to nie wszystko...
Dla Polaka, zarabiającego średnio sześciokrotnie mniej niż przeciętny mieszkaniec zachodniej Europy, zagraniczny kurs językowy, np. w Wielkiej Brytanii, to często wynik niebywałych wyrzeczeń. Wszakże w Londynie musi on zapłacić za parę tygodni nauki tyle samo co zamożny Niemiec czy Japończyk. Do tego dochodzą koszty dodatkowe, bo jak tu nie pójść do teatru na West Endzie czy nie zajrzeć do pubu w Soho? Mimo to Polacy lubią inwestować w swój rozwój intelektualny i wyjazdy językowe cieszą się wśród nich niesłabnącą popularnością. Co ciekawe, wyjazd do językowej „jaskini lwa”, czyli kraju, w którym mówi się docelowym językiem, dla wielu mieszkańców „starej” Unii Europejskiej nie jest już niczym specjalnie ekscytującym. Ot, po prostu dopełnienie tradycyjnej nauki w kraju. Mało tego, zdarza się, że kurs francuskiego w superatrakcyjnej turystycznie południowej Francji jest dla Anglika tańszy niż podobny w Londynie. Znam też przypadek pewnej klasy w angielskim gimnazjum, która w ogóle nie paliła się do wyjazdu na wymianę szkolną do Niemiec... U nas inaczej – kurs zagraniczny to dla wielu jednorazowe, niezwykłe językowe święto.

Zanim jednak poślemy swą pociechę na zagraniczny kurs językowy lub sami zdecydujemy się na taki wyjazd, oprócz zapoznania się z podstawowymi warunkami oferty upewnijmy się też:
  • czy cena pobytu obejmuje wszystko (może się bowiem okazać, że kwota podana w katalogu jest ledwie częścią faktycznych wydatków),
  • jaki wymiar godzin efektywnej nauki jest zapisany w programie,
  • czy wybrana szkoła ma doświadczenie i odpowiednią renomę oraz kogo zatrudnia jako lektorów (tutaj żadnych kompromisów, bo to ludzie stanowią o poziomie nauczania – niech w grę wchodzą tylko w pełni wykwalifikowani native speakerzy), n ile maksymalnie osób będzie liczyć grupa (trzeba to koniecznie sprawdzić już na miejscu i ewentualnie żądać wyjaśnień w razie niezgodności z obietnicami),
  • czy po przyjeździe starannie przeprowadza się podział na grupy wiekowe i według umiejętności uczestników (proponuję zrezygnować z oferty szkoły, która na miejscu nie dzieli słuchaczy na poziomy zaawansowania językowego na podstawie testów lub rozmów kwalifikacyjnych typu placement),
  • czy przypadkiem grupa słuchaczy nie będzie złożona w przeważającej części z osób jednej narodowości (jeżeli np. w takiej grupie mają być prawie sami Polacy, to warto pomyśleć o wyborze innej oferty),
  • jak wygląda kwestia kwaterunku – o ile to możliwe, należy się starać o mieszkanie w rodzinie angielskiej, ale najlepiej uprzednio przez kogoś poleconej lub przynajmniej mającej solidne rekomendacje,
  • czy w tym samym pokoju lub domu nie zamieszkamy z rodakiem, bo wtedy cały pomysł na rozmawianie wyłącznie po angielsku spali na panewce z oczywistych przyczyn,
  • czy w ofercie pobytu jest dobry, różnorodny program dodatkowy (social programme) i czy jest on wliczony w cenę.
    To oczywiście nie są wszystkie kwestie, o które warto nagabywać firmy organizujące turystykę językową, ale przynajmniej o tych kilku nie zapomnijmy. Przede wszystkim jednak – nie wstydźmy się o wszystko zapytać dwa razy! W końcu płacąc, mamy do tego prawo.

    Oczekiwania
    Czego od wyjazdu na kurs językowy, np. do Wielkiej Brytanii, oczekują młodzi ludzie? Zapytałem o to w nieformalnej ankiecie kilka grup uczniów i studentów. Odpowiedzi mnie nie zaskoczyły. Są one mieszanką typowego dla nas, Polaków, pragmatyzmu i zdrowego rozsądku z romantycznym, w dużej mierze życzeniowym myśleniem. Oto bowiem większość pytanych słusznie stwierdza, że kurs angielskiego w Wielkiej Brytanii jest pod tym względem lepszy od tradycyjnego w kraju, że umożliwia natychmiastową weryfikację umiejętności językowych w codziennych sytuacjach. Bywa więc taki wyjazd traktowany jako swoisty, dość zresztą kosztowny, sprawdzian typu „przekonam się, czy to, co mi nauczyciel angielskiego mówił naprawdę się sprawdza”. Równie słusznie dostrzegana jest rola naturalnego, niewymuszonego kontaktu z kulturą, obyczajami i „prawdziwymi” (cytat z ankiety) użytkownikami języka. Rzeczywiście, otaczając się zewsząd językiem, przestajemy się go uczyć, a zaczynamy nabywać. Chłoniemy go wszystkimi porami, głównie dlatego, że... nie mamy innego wyjścia. Po prostu nikt tam nie zna polskiego.

    Jednak już do kategorii wishful thinking zaliczyć trzeba niektóre sugestie ankietowanych – m.in. takie, że: pobyt zagranicą gwarantuje poprawę akcentu; lekcje w Londynie bez jakiegokolwiek naszego wysiłku umożliwiają językowy Wielki Skok; tylko na kursach poza ojczystym krajem nauczą nas prawdziwego, współczesnego języka angielskiego; wreszcie, że za czyjąś przyczyną doznamy olśnienia i do kraju wrócimy całkiem inni, rozgadani i oczytani. To może się, rzecz jasna, zdarzyć! Ale bądźmy szczerzy – może się tak stać tylko wówczas, gdy sami sobie pomożemy. Jak? No właśnie. Biorąc kredyt lub kupując na raty usłyszymy, że wymagany jest „wkład własny”. Podobnie jest z językiem. Zanim pojedziemy na podbój Brighton czy Canterbury, zastanówmy się, jaki może być nasz wkład własny w takie finansowo-językowe przedsięwzięcie.

    Wiek
    Czy dziecko może w ogóle być za małe na wyjazd zagranicę w celu poznania języka? Oczywiście, że nie. Im wcześniej, tym lepiej. Problem w tym, że oferty turystyki językowej to przeważnie kursy typu szkolnego i jakiekolwiek próby zmiany tej sytuacji (niekonwencjonalne metody, zabawa w miejsce nauki, wychodzenie z pomieszczeń szkolnych, rozbudowany program pozalekcyjny itp.) i tak wciąż oznaczają aranżowanie nienaturalnych warunków utrudniających dziecku rozwój ewentualnej dwujęzyczności.

    Paradoks polega na tym, iż teoretycznie najlepszym wiekiem na bezbolesne przyswojenie języka obcego jest najpóźniej 8.-10. rok życia (tj. czas przed tzw. wiekiem krytycznym), lecz tylko w warunkach naturalnych. Żeby takie warunki były spełnione, dziecko powinno w sposób niewymuszony ulec pełnemu zanurzeniu w język i kulturę. Powinno w zasadzie bez przerwy „uczestniczyć” w języku w okolicznościach rozwojowo typowych dla swojego wieku, czyli w otoczeniu rówieśników i rodziców, w zabawie, podczas odkrywania świata dokoła siebie. Poza tym nawet zakładając, że rodziców stać na opłacenie, powiedzmy, sześciolatkowi wakacyjnego pobytu zagranicą oraz że zadbają oni o optymalne warunki do przyswajania języka (pobyt w rodzinie angielskiej, całodobowa opieka, dobry program etc.), to i tak niewiele malców w tym wieku zniesie zbyt długie dla nich rozstanie z rodziną i bezpiecznym, znanym sobie otoczeniem. Natychmiast nasuwa się zatem myśl: a może w takim razie razem z mamą? Pomijając finansowy aspekt takiego rozwiązania – w końcu trzeba ponieść podwójne koszty – nie jest to dobry pomysł również z językowego punktu widzenia. Po prostu rodzic nie będący naturalnym użytkownikiem języka (czyli potocznie native speakerem) jest dla dziecka wciąż głównym odbiorcą i nadawcą komunikatu językowego. Innymi słowy, będąc w obcym kraju przez większość czasu przy boku swej mówiącej po polsku matki dziecko nie otrzymuje stosownej dawki naturalnego języka obcego i nadal porozumiewa się po polsku. Po co więc było w ogóle wyjeżdżać?

    Ten paradoks znany jest organizatorom turystyki językowej. Nastawiają się więc na klientów po wieku krytycznym, szczególnie tych między 12. a 16. rokiem życia. Są to osoby wciąż stosunkowo elastyczne i chłonne językowo, a jednocześnie już na tyle dojrzałe społecznie – tęsknią również, ale trochę mniej niż maluchy – by móc zauważyć widoczny postęp w nauce języka w ograniczonym czasie kursu i nim się pochwalić. Znacznie mniejszą, za to wdzięczną grupą są też dorośli. Dlaczego wdzięczną? Bo wiedzą, czego chcą, i bardziej świadomie podchodzą do procesu nabywania wiedzy językowej. Reasumując, na pytanie o najlepszy wiek na wyjazdy językowe można odpowiedzieć tak, że zabrzmi to jak wykręcanie się od odpowiedzi: to zależy... Pod uwagę należy brać oczekiwania i motywację wyjeżdżającego, ale jeżeli na przeszkodzie nie stoją względy społeczne i rozwojowe, to powinno się decydować na taki krok jak najwcześniej. Nawiasem mówiąc, moi ankietowani zapytani o optymalny wiek kształcenia językowego za dolną granicę uznawali dopiero 14. rok życia, za to górną zwykle przesuwali aż na rok 20., słusznie argumentując, że z wiekiem rośnie motywacja wewnętrzna do nauki języka.

    Długość kursu i poziom słuchacza
    Oczywiście, zdrowy rozsądek podpowiada, że im dłuższy pobyt za granicą, tym lepiej. Rzeczywiście, w dłuższym czasie ekspozycji na język szanse na opanowanie go proporcjonalnie rosną. Realia rynku usług turystyki językowej wskazują jednak, że największą popularnością cieszą się letnie kursy językowe trwające od 3 do 5 tygodni. Niektóre zagraniczne szkoły językowe tak układają programy, by słuchacz mógł już na miejscu (bądź rodzic z kraju) przedłużyć udział w kursie, np. o kolejny tydzień, bez konieczności przerabiania tego samego cyklu materiału. Świadczy to o elastyczności i dbaniu o klienta, warto więc przy wyborze ofert sprawdzić, czy jest możliwość wykorzystania takiej wygodnej opcji.

    Pośród ankietowanych przeze mnie młodych ludzi przeważała opinia, że aby liczyć na wyraźną poprawę w posługiwaniu się językiem obcym, pobyt w kraju docelowym nie powinien być krótszy niż 6 tygodni, najlepiej zaś, by obejmował co najmniej pół roku! Względy czasowe i finansowe rzadko, niestety, pozawalają na taki luksus. Na pocieszenie można powiedzieć, że specjaliści w tej dziedzinie (patrz ramki) dowodzą, iż bezwzględny czas trwania kursu zagranicą nie ma pierwszorzędnego znaczenia dla jakości i tempa przyswajania języka obcego. Ważniejsze są choćby motywacja, jakość i moc ekspozycji na język, gotowość do podejmowania interakcji z innymi użytkownikami i wyzwań językowych na co dzień... Słowem, jeżeli nie możemy wyjechać na parę miesięcy, to zróbmy wszystko, by choćby trzy tygodnie dały nam jak najwięcej. Rzućmy się w wir wydarzeń towarzyskich, nie siedźmy całymi dniami w domu i przede wszystkim nie bójmy się podejmować językowego ryzyka na każdym kroku.

    Kolejną kwestią jest wyjściowy poziom znajomości języka osoby podejmującej naukę poza krajem ojczystym. Należy zdać sobie sprawę, że absolutny brak podstaw leksyki i gramatyki często wywołuje zjawisko zagubienia w nowych sytuacjach i ucieczki od komunikowania się bądź w najlepszym razie poszukiwania niejęzykowych strategii porozumiewania się z innymi (np. gestykulacja). Jest to kwestia wytworzenia psychicznej bariery językowej, której później tak trudno się pozbyć. Zamiast spodziewanego postępu może w takiej sytuacji wystąpić „efekt zamkniętej małży” (ang. clamming up), w którym niedoszły użytkownik obcej mowy nie otwiera nawet ust, bo przerasta go ogrom językowych wyzwań. Mówimy wówczas o szoku językowym, któremu często towarzyszy szok kulturowy – poczucie wyobcowania w nie znanym świecie, potęgujące frustrację. Wyjątkiem od tego zjawiska mogą być dzieci z ich wrodzonymi zdolnościami adaptacyjnymi, w naturalnych warunkach nie odczuwające bariery językowej i szybko nawiązujące kontakt z rówieśnikami posługującymi się zupełnie nieznanym im językiem, np. podczas zabawy. Jednak dla osób po wieku krytycznym, a więc – powiedzmy w uproszczeniu – od gimnazjalistów wzwyż, wskazane jest uprzednie osiągnięcie poziomu co najmniej początkującego oraz zapoznanie się z podstawami wiedzy o realiach i kulturze kraju docelowego, by mogły bezpiecznie liczyć na skuteczność nauki języka zagranicą. Pomoże to uniknąć stresu, który w permanentnych dawkach hamuje rozwój ludzkich umiejętności. Nie mówiąc już o tym, że poznawanie języka powinno być fascynującą przygodą, a nie koszmarną mordęgą.

    Motywacja
    Na koniec refleksja nieco ogólniejszej natury. Zwykle jest tak, że im więcej o czymś dokoła słyszymy, im większą czujemy presję otoczenia, by to zrobić, wreszcie im więcej za coś zapłacimy – tym bardziej nasze oczekiwania odrywają się od życia. Bywa, że tak zbudowany idealny obraz nie do końca przystaje do rzeczywistości, gdy przychodzi nam go zweryfikować. Dlatego zachęcam do realizmu również i w kwestii turystyki językowej. Jadąc na kurs angielskiego np. na Maltę czy do Londynu, pamiętajmy, że tam również zastaniemy salę lekcyjną z normalnymi ławkami, „zwykłego” nauczyciela (choć zapewne native speakera), podobnych do nas słuchaczy, wreszcie niewiele różniące się od polskich metody nauczania. Dla wielu osób, spodziewających się nie wiadomo czego, to spory zawód. Oprócz pozalekcyjnego programu okazuje się bowiem, że realia nauki języka obcego wydają się być niemal żywcem przeniesione z rodzimej szkoły językowej w polskim mieście X czy Y. Otóż niezupełnie.

    Na kursy językowe zagranicę warto jeździć. Pod warunkiem wszakże, że zrezygnujemy z biernej postawy odbiorcy usługi językowej. Pamiętajmy, że przy odrobinie dobrej woli i odwagi te rzeczy, o które w polskiej szkole językowej tak trudno – międzynarodowe, często wieloetniczne towarzystwo innych słuchaczy, możliwość wystawienia się na język praktycznie 24 godziny na dobę, no a przede wszystkim realia, w których znajdziemy się po zajęciach – pomogą nam spełnić z nawiązką najbardziej nawet wygórowane oczekiwania. Ale uwaga – tego nikt nam nie zapewni ani nawet nie powie, kiedy będziemy kupować choćby i najlepszy kurs zagraniczny. O to musimy zadbać sami.

    Jerzy Chyb
    Autor jest językoznawcą i wykładowcą metodyki nauczania
    języka angielskiego, kieruje filią FELBERG we Wrocławiu

     

  •  Pozostałe artykuły:

    Powiedzieli nam

    Znajomy z kursu

    Kadra lektorska pracująca z dorosłymi

    Edukacja językowa osób dorosłych

    Już na zawsze z nami

    więcej...



    dr Małgorzata Baran
    metodyk, Instytut Filologii Angielskiej Uniwersytetu Wrocławskiego

    Badania naukowe potwierdzają, że im wcześniejszy kontakt z żywym językiem obcym, tym lepiej. Jednak samodzielny wyjazd na kurs językowy wymaga od uczestnika emocjonalnej i społecznej dojrzałości, którą każdy osiąga w innym, właściwym sobie czasie. Jedni są gotowi w wieku 12, inni 16 lat. Wydaje się, że już miesięczny intensywny kurs w kraju obcojęzycznym prowadzony przez specjalistów może zaowocować znacznym zwiększeniem zasobu słownictwa i wzrostem poprawności w mówieniu. Szybki postęp jest możliwy dzięki połączeniu konieczności komunikowania się w naturalnym środowisku na co dzień z możliwością formalnego uczenia się języka na kursie. Mieszkając z rodziną native speakerów, można poznać ich zwyczaje. Zmuszeni do mówienia w języku obcym, stajemy się bardziej komunikatywni. Z satysfakcją zauważamy, że jesteśmy rozumiani przez innych. Nabieramy pewności siebie, zmniejszają się nasze obawy związane z użytkowaniem języka obcego, a wzrasta motywacja.

    dr Małgorzata Szulc-Kurpaska
    metodyk, autorka podręczników do nauki języka angielskiego

    Realia pobytów językowych pokazują, jak istotna jest jakość kontaktów z native speakerami. Przykładem są rodziny, do których trafiają uczestnicy kursów. Wiele z nich poświęca swym gościom mnóstwo czasu, wiedząc, że trzeba tych młodych również w domu „uczyć” języka, czyli wyjaśniać słówka, użyć ciekawego zwrotu, wytłumaczyć nowy idiom. Można jednak trafić do rodziny, która nie zwraca uwagi na to, jak można stymulować naukę, mając w domu obcokrajowca. A rzecz przecież nie w słuchaniu języka, ale w interakcji, czyli używaniu go z innymi. Inną sprawą jest czas trwania takiego pobytu. Co ciekawe, efektu językowego nie powinno się uzależniać wyłącznie od długości przebywania zagranicą. Znam przypadek czternastolatka, który był na klasowej wycieczce w Anglii przez zaledwie tydzień, ale miał tak znakomicie zaplanowane intensywne zadania językowe na każdy dzień (muzea, wystawy, zbieranie informacji, rozmowy z ludźmi, nagrywanie wywiadów itp.), że ogromnie na tym skorzystał językowo i wprost tryskał słownictwem po powrocie. Rzecz bowiem nie w samym wyjeździe, lecz w różnorodności i ciągłości poszukiwań językowych.
    Powrót na góręDrukuj artykułWyślij artykuł