Szkoła języków obcych
Wydarzenia
Turystyka językowa
Publikacje
Opinie
Porady
Oblicza języka
Warsztat filologa
Ludzie i języki
Enjoy & Learn
Rozmaitości

 

 

O firmie

Nauka języków obcych

Turystyka językowa

Centrum konferencyjne

Księgarnia językowa

Wydawnictwo
 
 

 
Temat numeru


Jubileusz
Self-made man

Rozmowa z dr. Wojciechem Felbergiem, prezesem firmy FELBERG

Anglosasi mówią o kimś takim jak pan – człowiek, który stworzył sam siebie. Jakie to uczucie – napotykać w różnych miastach Polski banery z własnym nazwiskiem jako logo firmy?

Sprawia mi to niewątpliwą satysfakcję, gdyż świadczy o tym, że praca, którą włożyłem w tworzenie firmy, przynosi zauważalne efekty. Jest także namacalnym dowodem trafności wypracowanych przez nas koncepcji. Nasza obecność w różnych punktach Warszawy i w wielu miastach kraju to potwierdzenie ogólnopolskiego zasięgu stworzonej przez nas sieci. Czasem ludzie, z którymi się stykam, pytają mnie, czy jestem właśnie „tym” Felbergiem. Słyszałem też przypadkiem, że ktoś „chodzi do Felberga” albo że go skończył. Teraz brzmi to fajnie, bo nazwa się przyjęła. Ale kiedy się zastanawialiśmy, jak nazwać firmę i czy nazwisko w logo będzie dobrym rozwiązaniem, mieliśmy sporo wątpliwości. Wybrana przez nas nazwa jest używana od 1999 roku i dziś już można powiedzieć – szkoda, że nie od 1987 roku, w którym rozpoczęliśmy naszą działalność. Na ugruntowanie marki i przyjęcie się jej w obiegu potrzeba bowiem kilku, jeśli nie kilkunastu lat. Potwierdza to historia słynnych na świecie firm i marek. Przykładem może być Berlitz, którego nazwa funkcjonuje w sferze edukacyjnej ponad 120 lat!

Należy pan do pokolenia z SGPiS-u, które zmieniło oblicze naszego kraju. Jaka jest zatem historia Wojciecha Felberga?

Jestem warszawiakiem. Ekonomistą zostałem trochę na przekór mamie, która widziała we mnie przyszłego lekarza. Żyłkę społecznikowską miałem od młodych lat, udzielałem się w szkole średniej i na uczelni. Wcześnie zdecydowałem, jakie studia wybiorę. Pokolenie lat 70. SGPiS-u, obecnie Szkoły Głównej Handlowej, rzeczywiście wydało wielu ludzi o nazwiskach liczących się w polskiej gospodarce i polityce, takich jak: Leszek Balcerowicz, Henryka Bochniarz, Marek Borowski, Grzegorz Kołodko, Andrzej Olechowski, Dariusz Rosati czy Grzegorz Wójtowicz.

Pana polityka nie pociągała?

Raczej nie, o wiele bardziej interesowała mnie praca naukowa, ale życie zrządziło inaczej. Wcześnie założyłem rodzinę i stałem się odpowiedzialny za jej byt. Sądzę, że w życiu niemal wszystko jest kwestią przypadków, które potem układają się w znaczące fakty.

Pobyt w Stanach Zjednoczonych okazał się w pańskim życiu takim faktem znaczącym. Przypadek zaprowadził pana do szkoły dla obcokrajowców zdobywających w szybkim tempie gruntowną znajomość języka, a ona stała się pierwowzorem pańskiej firmy.

Nie ma co ukrywać, do Ameryki wyjechałem za chlebem. Jak wielu ludzi na początku lat 80. szukałem możliwości podniesienia poziomu swojego życia. Wyjazd do Stanów dawał wówczas taką szansę. Ameryka nauczyła mnie wiele. Mogłem przekonać się naocznie, jak funkcjonuje tamtejsza gospodarka, obserwować, jak tworzy się biznes – jednym słowem, zobaczyć, jak to się wszystko kręci, również w dziedzinie edukacji językowej. Było to dla mnie kapitalne doświadczenie.

Wtedy postanowił pan przeszczepić tamtejszy model szkoły angloamerykańskiej na rodzimy grunt?

Tak się złożyło, że w 1986 roku wracałem z Montrealu do kraju statkiem „Batory”. Miałem zatem na przemyślenia dwa tygodnie, podczas których musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie: co dalej?

Nie było chyba wtedy ani dobrej atmosfery, ani sprzyjających warunków do zakładania własnej firmy...

Kiedy mój pomysł przybrał realne kształty, zacząłem szukać ludzi i możliwości, żeby stworzyć szkołę językową. Trudności, z którymi się spotkałem, głównie ze strony administracji w oświacie, przechodzą dzisiejsze wyobrażenia. Kłody rzucane pod nogi – to mało powiedziane. Urzędnicy, usłyszawszy, że ma to być szkoła prywatna, na dodatek amerykańska czy angloamerykańska, bo tak miała się nazywać, podchodzili do projektu z olbrzymią rezerwą.

Mimo tych przeciwności zrealizował pan swoje zamiary. Sprawił to cud czy pańska determinacja?

Podchodzę do tego filozoficznie. Jak wiadomo, istnieje przecież teoria przypadków. Udało mi się w końcu trafić na ludzi, którzy nie bali się podjąć ze mną współpracy. Głównym problemem było znalezienie bazy lokalowej. O pomoc merytoryczną zwróciłem się do ambasady USA. W tamtym czasie nie było u nas w kraju kaset, magnetofonów, książek, podręczników ani powszechnie dziś dostępnego oprzyrządowania. Zdobywaliśmy je za pośrednictwem pilotów i stewardes, którzy przywozili nam te pomoce z zagranicy. Trudno było również o odpowiednich nauczycieli. Wszystko to przypominało budowanie zamków z piasku.

Wobec tych piętrzących się trudności musiały być momenty totalnego zwątpienia.

Byłem na tyle zdeterminowany, że nie zrażałem się niepowodzeniami. Zdarzało się, że w ostatniej chwili ludzie wycofywali się z wcześniejszych zobowiązań, jak pewien dyrektor szkoły z Muranowa, który w obawie przed utratą posady za współpracę z prywatną szkołą angloamerykańską zostawił mnie na lodzie. Mimo takich trudności udawało mi się jednak na czas skorygować plany.

Ze startem szkoły na Siennej mieliście mały poślizg.

Istotnie, szkoła ruszyła 2 listopada 1987 roku, a nie jak chcieliśmy, wraz z rokiem akademickim. Naukę zaczęło w 20 grupach około 300 osób, a mogłoby być ich o wiele więcej. Zainteresowanie przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. To, co się działo podczas zapisów, było fantastyczne. Ludzie, tak jak przy zdobywaniu wszelkich dóbr we wcześniejszych trudnych czasach, tworzyli kolejki społeczne. W nocy były dyżury, obowiązywała też lista zapisów, którą zachowałem na pamiątkę. Ja sam – organizator całego przedsięzięcia – nie mogłem się rano dostać do budynku, bo odsyłano mnie na koniec kolejki. Całe podwórko wypełniał tłum chętnych.

Nic dziwnego, że filie zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu.

W następnym roku, oprócz siedziby na Siennej w Warszawie, mieliśmy już trzy filie – w Gdańsku, Lublinie i Łodzi. Z organizacją każdej z tych placówek były problemy, ale też oferta każdej z nich spotykała się z ogromnym zainteresowaniem. Ponadto mieliśmy już warszawskie doświadczenia. W miarę potrzeb pewne rzeczy korygowaliśmy. Początkowo mieliśmy wszędzie jeden system kształcenia: dwa razy w tygodniu po dwie godziny. Rok szkolny był podzielony na trymestry, co w naszych placówkach obowiązuje do dzisiaj. Potem zaczęliśmy się dostosowywać do potrzeb rynku i urozmaicać ofertę.

O powodzeniu szkoły zadecydował także jej odmienny od tradycyjnego styl nauczania.

Z faktu, iż była to prywatna szkoła, wynikały specyficzne stosunki międzyludzkie, które tworzyły dobrą podstawę wysokiego poziomu nauczania. Chodziło nam o naukę skuteczną, bez marnowania czasu i pieniędzy naszych klientów. Stawialiśmy więc lektorom duże wymagania. Ocenialiśmy ich rygorystycznie nie tylko podczas przyjmowania do pracy, lecz również w trakcie zajęć, poprzez hospitacje i rozmowy. Prowdziliśmy ankietowe badania naszych klientów, które wykazywały, na ile są usatysfakcjonowani nauką u nas. Przyjmowaliśmy wszystkie uwagi i zastrzeżenia. O każdym problemie rozmawialiśmy w grupie, wspólnie szukając rozwiązania. Od początku naszej działalności kierowaliśmy się dewizą, że w szkole najważniejszy jest klient, i było to jasne dla każdego pracownika firmy, na wszystkich szczeblach, począwszy od dyrektora. Staraliśmy się również, aby panowała u nas niczym nieskrępowana, przyjazna atmosfera. Organizowaliśmy spotkania nie tylko z okazji kalendarzowych, lecz także z takich, które sami tworzyliśmy. To wszystko bardzo mocno nas integrowało.

Miarą sukcesu stworzonej przez pana szkoły stało się to, że zaczęto naśladować styl jej pracy.

Należymy do pierwszych w Polsce obcojęzycznych szkół prywatnych, z których nie wszystkie przetrwały do dziś. Konkurencja nigdy mnie nie przerażała. Uważam, że jest ona niezwykle potrzebna, gdyż nie pozwala spocząć na laurach. Dzięki niej człowiek nie gnuśnieje, lecz wciąż stara się być krok przed innymi. Trzeba tylko umieć to robić – należy szanować zasady gry, czyli działać etycznie. Nasi naśladowcy nie zawsze postępowali w taki sposób. Na szczęście nie było ich wielu i dziś już na rynku nie istnieją.

Do sukcesów Szkoły FELBERG można też zaliczyć to, że jest obecna w ścisłej czołówce tzw. szkół sieciowych.

Bez wątpienia to kolejne nasze osiągnięcie. Szkoła jest liderem na rynku w prowadzeniu dużych szkoleń językowych, które są organizowane na zlecenie klientów funkcjonujących w skali ogólnopolskiej. Zajęcia z jednego lub kilku języków odbywają się w dowolnym miejscu w kraju, również poza siedzibami naszych oddziałów. Wszędzie obowiązują ujednolicone zasady programowania, nadzorowania i sprawdzania postępów w nauce. Klienci otrzymują okresowe zbiorcze raporty, dzięki którym mogą szybko i łatwo ocenić realizację celów szkoleniowych.

Po 20 latach działania pańska firma jest nie tylko znana, ale także samowystarczalna. Od dawna nie boryka się z problemami, skąd wziąć podręczniki albo nagrania.

To już zupełnie inny świat. Możliwości są obecnie bardzo duże. Problemem jest tylko właściwy wybór. Wypracowaliśmy systemowe rowiązania umożliwiające sprawne funkcjonowanie naszej firmy. Jednym z nich jest dobór podręczników dostosowanych do potrzeb poszczególnych grup klientów. Nie może być bowiem tak, że jedna seria pomocy merytorycznych jest stosowana na wszystkich poziomach nauczania, niezależnie od celów, jakie dana grupa chce osiągnąć. Mimo nacisków wielkich wydawnictw, jak Oxford, Cambridge, Pearson czy Longman, z którymi współpracujemy, nie zgodziliśmy się na wyłączność żadnego z nich. Z proponowanej nam oferty wybieramy to, co uznajemy za najbardziej przydatne na określonym poziomie nauczania. Nowe pomoce testujemy podczas zajęć z niewielką grupą słuchaczy, po czym zbieramy ich opinie. Praca z grupą jest bowiem według nas lepszą weryfikacją wartości podręcznika niż najbardziej wnikliwa ocena teoretyczna.

Wydajecie także własne książki.

Skupiliśmy się na pozycjach wspierających proces nauczania, w możliwie najbardziej atrakcyjnej formie. Są to serie readersów, które zaczęliśmy wydawać przed paru laty, a także małe publikacje dla dzieci, mlodzieży i dorosłych. W naszej ofercie wydawniczej znalazła się m.in. seria biografii znanych muzyków i aktorów. Dużym popytem cieszy się także seria kryminałów. Sami jesteśmy pomysłodawcami naszych przedsięwzięć wydawniczych, a w grupie 500 lektorów z 15 miast Polski ciekawych pomysłów nie brakuje.

Mając piętnaście filii w kraju, niemal w każdym jego miejscu czuje sie pan jak u siebie w domu.

Gdybym zajmował się czymś innym, wielu z tych miast pewnie bym nigdy nie poznał. A tak bywam w nich, mobilizowany względami zawodowymi. Jeśli tylko czas na to pozwala, staram się nie tylko odwiedzić oddział firmy, lecz także zobaczyć ciekawe muzeum czy odkryć dobrą restaurację. Dzięki temu są miasta, m.in. Wrocław czy Kraków, w których jestem zakochany.

Podróże, także te dalekie, są pana wielką pasją.

Oprócz podróżowania interesują mnie bardzo starożytne cywilizacje. Byłem oczarowany eskapadą do Peru. Intrygują mnie też Chiny, Indie i Tybet. 􀂄 Które z cech charakteru pomogły panu odnieść sukces? Czy uważa pan, że są to otwartość na ludzi i kontaktowość? Zapewne tak. Ale w pracy, w której coś się tworzy, potrzebna jest przede wszystkim wiedza. Znajomość rachunku ekonomicznego, analizy finansowej, a także podstaw zarządzania, wyniesiona z SGPiS-u, okazuje się bardzo pomocna w takiej działalności jak prowadzona przeze mnie. Nieodzowne są, oczywiście, również zdolności organizatorskie. Jeżeli zatem 90 procent sukcesu stanowi praca, to pozostałymi 10 są talent i wyobraźnia. Nie wystarczy bowiem posługiwać się schematami. Wiele rozwiązań trzeba stworzyć samemu, czego świadectwem jest nasza firma. Wprowadzone w niej wiele lat temu w sferach motywacyjnej i organizacyjnej nowatorskie wówczas zasady sprawdzają się świetnie również dzisiaj. 􀂄 Czyli ekonomista wizjoner? Chyba tak. Wielu menedżerów właśnie w taki sposób pracuje.

Ma pan jeszcze jakieś marzenia dotyczące firmy?

Marzenia są zawsze. Wiele z nich udało mi się już zrealizować. Jest sieć szkół, biuro turystyki językowej, hurtownia i internetowa księgarnia książek, wydawnictwo, a także piękne centrum konferencyjno-szkoleniowe w Chyliczkach. Ale naszą działalność można rozwinąć jeszcze bardziej oraz wzbogacić ją o nowe dziedziny. Marzy mi się na przykład sięć szkół z językiem angielskim jako wykładowym albo szkoły zawodowe dające szansę kształcenia językowego. Myślę też o prywatnych przedszkolach anglojęzycznych. Ale te plany urzeczywistnię już zapewne nie ja...

Felberg jest firmą rodzinną...

Rodzina związana jest ze szkołą w 100 procentach. Żona, koleżanka z SGPiS-u, z racji zawodu biegłego rewidenta od początku mnie wspierała w prowadzeniu spraw finansowych. W jej ślady poszła nasza córka Joanna, która jest w firmie główną księgową. Syn Paweł został dyrektorem handlowym i odpowiada za dystrybucję książek.

Teraz liczy pan na wnuki?

Kto wie...

 Pozostałe artykuły:

Powiedzieli nam

Znajomy z kursu

Kadra lektorska pracująca z dorosłymi

Edukacja językowa osób dorosłych

Już na zawsze z nami

więcej...



Powrót na góręDrukuj artykułWyślij artykuł